środa, 15 kwietnia 2015

polski folk

 koszula, spódnica, torebka Monashe | buty Deezee

Siedmioletnia dziewczynka w kolejce: Ale ma Pani piękną koszulę. 
Ja: <łzywoczach>

Ależ mi było miło! Nie wiem, czy to była reakcja samoobronna starszej siostry na moje pytanie do jej młodszego odpowiednika "Jak masz na imię?" (musiałam coś powiedzieć, stały i patrzyły się na moją koszule jak wryte, jakby te pawie chciały zatrzymać wzrokiem, jakby te pawie miały się odpruć i odlecieć, a one biedne straciłyby je z oczu), ale mimo wszystko było to bardzo rozczulające. Dlaczego? Bo pozytywne komentarze od osób, których nie znamy, zawsze nas niesamowicie budują. Wiecie czego mi brakuje? Nie tego, że ludzie mnie nie zaczepiają i nie mówią jak super wyglądam (choć jak się tacy znajdą, to zawsze poprawią mi humor, ale zdarzają się i tacy, co uważają, że "odjebałam się jak stróż na Boże Ciało"), ale tego, że mi samej brakuje odwagi, aby powiedzieć coś miłego. Odwagi, by powiedzieć: "Hej, masz świetną torebkę." uśmiechnąć się i pójść dalej. W takich kontaktach z nieznajomymi przenika mnie do szpiku kości nieśmiałość (czasem się boję, że jak będę miała okazję spotkać blogerkę, którą obserwuję od dawna, to ominę ją szerokim łukiem ze strachu przed powitaniem się).
I chcę to w sobie zmienić. To moje takie małe postanowienie. Wiosenne. Kiedyś Wiktoria z Confasshion napisała, że wiosna jest jej sylwestrem. Że to właśnie na wiosnę wszystko się zmienia, odradza na nowo, chce się na nowo, chce się czegoś nowego, człowiek się otwiera, wraca pogoda ducha, uśmiech i to właśnie jest przełomowy okres, pobudzający w nas chęć zmian. Jak często mówicie innym, że świetnie wyglądają? A jak często zdarza Wam się zaczepić kogoś na ulicy i pochwalić rewelacyjny wygląd, czy chociażby buty? Mi rzadko. Wy możecie zachować odpowiedź dla siebie, ale przemyślcie sprawę. Może nie jest super ważna, ale myślę, że w jakimś stopniu znacząca. Znacząca dla nas samych, dla bycia zwyczajnie lepszymi ludźmi niż jesteśmy.

A na koniec dodam, że mówienie komplementów uszczęśliwia. Podobno nasz umysł każde docierają do nas pozytywne słowa, bez względu na fakt, czy sami je wypowiedzieliśmy, czy ktoś skierował je w naszą stronę, koduje jako radujące naszą duszę i momentalnie wspiera mięśnie policzków, aby szybciej na naszej twarzy pojawił się uśmiech. Mało naukowe tłumaczenie, ale to nie ja jestem od głoszenia naukowych teorii. Za to mogę sobie pozwolić na dowolną interpretację. Czyli w skrócie, mówcie komplementy, a będziecie szczęśliwe. Karma wraca :D 

niedziela, 12 kwietnia 2015

casual look

sukienka Mango | sweter Monashe | kurtka Mohito | torebka Pimkie | szal H&M

Po raz milionowy te same ubrania. Nie macie już dość?
Ja nie mam. To są właśnie tacy "ulubieńcy" w szafie, z którzy zawsze się sprawdzą i obronią każde wyjście z domu. Co jakiś czas zbiera mi się na czyszczenie szafy i wiecie co jest najśmieszniejsze? To, że zawsze mało co w niej znajdę do wywalenia, oddania, bądź ewentualnie sprzedania. Jak już coś kupię, to noszę to X razy do znudzenia, przemielenia na każdy możliwy sposób. Nie mówię, że tak jest z każdą rzeczą, którą posiadam. Są takie, które nałożę raz na ruski rok i już myślę, aby się ich pozbyć, a jednak targa mną sumienie i od razu pojawia się myśl "A co jeśli za jakiś czas, akurat ta rzecz będzie Ci potrzebna? I co w wtedy zrobisz?! Zapłaczesz przed szafą, że ją głupia oddałaś.". Sami rozumiecie. Miewam czasem mniej trafione zakupy, ale od pewnego momentu prym wiodą te przemyślane (nie mówię o wyjściach do lumpa). Mam taki magiczny folder, w którym zdjęcia upatrzonych rzeczy leżakują (i to nie jest lista basic'ów, które powinny znaleźć się co sezon w szafie, ale myślę, że tego wyjaśniać nie muszę). Tym zdjęciom albo po jakimś czasie kończą się wakacje i trafiają do kosza, albo rzeczy z fotografii obciążają moją kartę i szafę również. I nie lądują po chwili na aukcji, bo raz je nałożyłam i to jednak nie to. Lądują na dobrych kilka sezonów, aż są zwyczajnie znoszone i czeka je recykling. A jak wyglądają Wasze zakupy? ;) 

Dobra, słowo jeszcze ogólnie o stylizacji. Jest luz, który jest dość charakterystyczny, jeśli chodzi o mój styl. Taką stylizacje mogę określić mianem mojego zwyklaka. Narzucam na siebie rzeczy, dające mi swobodę, ale nie czuję się jak kwit na węgle wychodząc na miasto. Z pewnością różni się on od zwyklaka Kasi Tusk, czy Charlizy. I to mnie cieszy. To mój monopol na oryginalność niż powtarzanie kolejnego zestawu, który setki razy widzieliście w sieci. Czy to Was ściąga do odwiedzania mojej strony? Nie wiem. A może dlatego nie ma Was tu tysięcy, bo nie pokazuję stylizacji typowych dla mas? Może nie widzicie we mnie źródła inspiracji, a kolejny raz kwitujecie "znów coś wymyśliła nie w moim stylu"? Możliwe. Ale mi się to podoba. Wiem, podejście mało przedsiębiorcze. I mimo że w tym pojedynku miliony monet pozostają daleko za moją osobowością, wcale mnie to nie martwi. Najważniejsze to być sobą! ;)

środa, 8 kwietnia 2015

pink lady

 sweter sh | spodnie, szal, buty H&M | płaszcz Mosquito | torebka Paulina Schaedel

Ostatnio zaprezentowałam się w niebieskim zestawie, tym razem padło na róż. Lubicie w ogóle róż? Ja nie. Szczególnie u innych, bo jak już sama nakładam, co rzadko się dzieje, ale jednak zdarza, to mi się nawet podoba. Dlaczego jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie przepadam za tym kolorem, gdy zobaczę go u innych? Bo w 80% przypadków jakie spotykam na ulicy, bądź krążą w sieci, to banalne połączenia głównie z szarościami, czernią lub bielą (w grę wchodzi jeszcze jeans). Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że gdy coś nie podchodzi pod moje gusta, to muszę to zobaczyć naprawdę w świetnej odsłonie, aby się tym zachwycić, a także poczuć nagłą i nie do końca przemyślaną chęć skopiowania danego zestawu (żeby nie było, set powyżej to twórczość własna). Zachwyt, niewyobrażalny zachwyt, przejawiający się dodatkowo chęcią dania serduszka na Lookbook'u i Instagramie, a także kliknięcia kciuka w górę na Facebook'u.
Bordo noszę rzadko, tak jak i pastele. Ale jeśli chodzi o połączenie bordowego z pastelami, to zawsze jestem na tak. Bordo z pudrowym różem? Super! I takie same odczucie mam do kombinacji z błękitem, cytryną, brzoskwinią, miętą, a także kolorem wrzosowym. Ale żeby ten zestaw nie był właśnie zbyt sztampowy przez połączenie bordowego z pudrowym różem, postawiłam dodatkowo na fuksję. W rezultacie powstało połączenie żywe, przykuwające uwagę, dość ciekawe. Kolejna sprawa wygodne, praktyczne i w moim stylu. I to najważniejsze. Umiecie czasem ograć tak kolor, za którym nie przepadacie, że przez chwilę macie wrażenie, że należy on do Waszych faworytów? Jeśli tak, to super! Jeśli nie? To nie problem. Po co nosić kolory, których się nie lubi :D

środa, 1 kwietnia 2015

wszystko co niebieskie

 top, Yeti sh | koszula H&M | spodnie House | torebka Zara

Jestem uzależniona od wszystkiego co niebieskie. Niebieskich lakierów do paznokci, niebieskich okularów, niebieskich ubrań. Niebieskich oczu M., Facebook'a i Instagram'a. No właśnie, Facebook z Instagramem wlepiają we mnie swoje niebieskie oczy, z magicznie barwnymi tęczówkami, na każdego moje zawołanie, drgnięcie palcem. Skupiają na sobie całą moją uwagę, czarują mnie jak tylko potrafią, a ja nie jestem w stanie nie ulec ich urokowi. Czasem w tym zauroczeniu wygrywają z M. 1:0, a przecież powinno być inaczej. Ludzkość przegrywa z technologią. I tłumaczenie, że tam, w tym niewielkim ekraniku jest mnóstwo populacji, nie powinno być w ogóle tolerowane.
Ależ ten świat dziwny. Żyjemy w pokoleniu, które niedługo nie będzie umiało się ze sobą porozumieć. No, chyba że Facebook nam pomoże. On zawsze pomaga. On zawsze jest. Czuwa nad tym, abyśmy nie stracili choć na chwilę kontaktu z wirtualnym światem. Wciąga nas i wcale nie robi tego na siłę. Sami leziemy zapominając, że to rzeczywistość ma znaczenie i, że to ta rzeczywistość tworzy tego Facebook'a. Co by było, gdyby każda osoba karmiąca Facebook'a nowinkami ze swojego życia nagle zaprzestała? Umarłby. Śmiercią naturalną. Może to by było dla nas dobre. Ale zaraz, jak tu przetrwać bez tej kopalni wiedzy? Co, gdzie, z kim, dlaczego, jak mógł? Toż to takie newsy, że zerwanie ze światem wirtualnym i skupienie się na najbliższych brzmi jak abstrakcja. Smutne, ale prawdziwe. Przemyślcie, czy te niebieskie oczy tego Wszystko Wiedzącego Portalu muszą karmić Waszą ciekawość tyle razy dziennie. Czy naprawdę coś się stanie, gdy coś przeoczycie? Myślę, że Wasze życie, moje życie, się nie zawali. Co ważne i tak do nas dotrze ;)

czwartek, 26 marca 2015

artystka celebrytka

 sweter sh | sukienka Mango | szal H&M | torebka Zara


Szczerze przyznaję, że tym razem chyba trzeba być mną, aby rozumieć to szaleństwo. Historia powstania tej stylizacji nie jest tak porywająca jak relacja wyprawy na księżyc amerykańskich astronautów, ale i tak raczę Wam ją opisać.
Miałam na sobie sukienkę w gwiazdki, ale byłam cholernie ciekawa, jak będą te buty wyglądały z tym swetrem. Na pierwszy rzut oka jest to łatwe w zwizualizowaniu, ale jednak czasem zwyczajnie lubię nałożyć daną rzecz i stanąć przed lustrem, aby się upewnić, czy jeszcze ta część półkuli (prawa), odpowiadająca za twórcze myślenie i właściwy odbiór obrazu, sprawnie funkcjonuje. Byłam jednak na tyle leniwa (again!), że nie chciało mi się zdejmować kiecki. I generalnie dobrze się stało, bo sama bym nie pomyślała, że może ona aż tak urozmaicić ten zestaw i nadać mu charakteru (wiecie, buty sportowe i swetrzycho to jednak banał)(oczywiście wciąż mówimy o moim odbiorze). I tak, kolejny raz z przypadku (jak większość moich stylizacji) powstała ta stylówka. Oczywiście duży wpływ na tę stylizację ma fakt, że oglądam mnóstwo zdjęć stylówek uchwyconych podczas fashion week'ów. Czy znalazłam tam takie rozwiązanie i je zwyczajnie skopiowałam? Nie. Ale oglądanie inspiracji wpłynęło na mój sposób postrzegania takiego zestawu. Jestem bardziej otwarta na różne połączenia, a do tego czuję się w takim zestawieniu w 100% sobą (co daje też 100% swobody). Zwiększa się moja tolerancja na dziwadła i bardzo mnie to cieszy. Pamiętajcie, im dostarczacie więcej inspiracji swojemu mózgowi, tym ciekawsze rzeczy mogą powstawać. Większość z nas, to wzrokowcy. Nie możemy przestać "karmić" naszego mózgu kolorowymi obrazkami, bo słupek naszej kreatywności zacznie diametralnie spadać, a wprost proporcjonalnie do niego wzrośnie słupek twórczego niezadowolenia. Inspiracje, bez względu na to z jakiej są dziedziny, mają na nas ogromny wpływ, zatem pamiętajcie, miejcie oczy szeroko otwarte, bo nigdy nie wiecie, kiedy Was coś zaskoczy i będzie impulsem do kreatywnego działania.
A ta stylizacja to z pewnością efekt mojego artyzmu. Wiecie już, że powstała przypadkiem, że kolorowe obrazki w sieci zwiększają moją tolerancję na niestandardowe połączenia, ale także siedzi we mnie dusza artystyczna. Nie raz można usłyszeć zdanie, że architekta łatwo poznać na mieście, a studentów szkół artystycznych jeszcze łatwiej. Wyróżniamy się na mieście i nie chodzi tu już o te ogromne teczki, które nosimy. I jestem w stanie to potwierdzić. Ten nasz zmysł artystyczny zostawia ślad w każdym naszym działaniu ;)
A zdjęcia? Właśnie na tej sesji dotarło do mnie gdzie zapoczątkowało się uwielbienie do zdjęć streetstyl'owy. Znacie z pewnością magazyny takie jak Flesz, Party i jeszcze inne, których z nazwy nie kojarzę, ale określane są mianem "szmatławca". Zatem, skoro już je korzycie, to pewnie doskonale wiecie, że to kopalnia wiedzy, z kim umawia się Rożenek, co zrobiła była żona Wiśniewskiego i czy Urbańska płacze, bo Rolowanie nie wypaliło. Poza tymi cudownymi plotkami, towarzyszy temu zawsze kilka zdjęć celebrytów, uchwyconych na jedzeniu gofra, wsiadających do fury, łamiących przepisy drogowe i przechodzących nie na przejściu dla pieszych, a także plotkujących przez telefon. Brzmi znajomo? Jasne, bo na tych blogach, gdzie laski umieją odwalić szopkę, a nie na 10 zdjęciach stanąć tak samo, możecie zobaczyć dokładnie podobne ujęcia. Oczywiście, później większą kopalnią inspiracji stały się dla mnie strony z uchwyconymi fashionistkami biegnącymi na pokaz w Mediolanie, niż Anna Mucha chadzająca po warszawskim parku z wózkiem. I ja tym razem zgrywam taką celebrytkę. Wiecie, chowam się za furą, udaję, że nie widzę Kasi stojącej za słupem znaku STOP (wybacz Kasia, trzeba było nałożyć bardziej obcisły płaszcz to może byś się zmieściła za tym drążkiem), a także udaję, że robię coś na telefonie. To zawsze wypali, nie ma durnych min i jest co zrobić z rękoma (jestem szafiarką, a nie modelką, nie muszę umieć pozować). Jeszcze mi nic wiadomo na temat bycia celebrytką, zatem korzystam z tego, że jestem szafiarką i gwiazdorze na Neonowej. Spokojnie, obejdzie się bez Snickers'a ;)

niedziela, 22 marca 2015

run Forrest run

sweter H&M | spódnica Candy Floss | płaszcz Monashe | torebka Paulina Schaedel

zdjęcia: Flawless


- Kupicie mi buty do biegania? (pytanie do rodziców ze spanielem w oczach w stronę taty)
- Kupimy, znajdź sobie tylko jakieś do 300 zł.

I znalazłam. Poszliśmy wieczorem do galerii, zupełnie nie po buty, a przypadkiem wylądowaliśmy w Nike'u i przypadkiem chwyciłam za te ze zdjęć (były najładniejsze z 3 możliwych), zmierzyłam, rozmiar ok, ostatnia para, do widzenia, dziękuję.
Przyznam szczerze, że będąc w sklepie chwyciłam za te, bo miały najciekawszą kombinację kolorystyczną. Następnego dnia nałożyłam je do spodni w kratę (bo takowe akurat miałam na sobie), aby połazić po domu, przekonać się czy rozmiar ok i zwyczajnie pocieszyć twarz, i wtedy do mnie dotarło, jak bardzo mi się podobają. Ostatnia para - przypadek? Nie sądzę! Takie perełki czekają na mnie w sklepach, bym później sama siebie mogła zaskakiwać.
Czy biegam? Proszę Was, oczywiście, że biegam. Codziennie na autobus. Wybiegam z domy, skręcam w pobliską uliczkę, później lekki sprincik pod górę przy Biedrze, zbiegam już ostrożniej stawiając duże kroki (aż 3, taka duża górka). Później marsz po parkingu między samochodami, a następnie trucht z górki (tu jakieś 7 kroków) i jestem na chodniku. Nie jedzie, zatem nie przyspieszam, a powoli redukuję swoje tempo do marszu, by wsiadając do autobusu nie mieć zadyszki i buraka na twarzy (choć szpachlowałam się jeszcze 10 minut wcześniej, więc nie powinno być go widać, w końcu mój podkład ma niezłe krycie). 4 minuty dziennie chyba wystarczy, nie? Taka rozgrzewka z rana. A tak serio, PLANUJĘ biegać. Raz, na dniach, mi się to udało, nie 4 minuty, a 20. Było ciężko. Porażka, totalna porażka. A wszystko przez moje studia. Tak, wiem, można to wytłumaczyć moim lenistwem, ale łatwiej zwalić na studia. Wyobraźcie sobie, że ruszyłam ze stopniem magisterskim, co daje mi 7 semestrów już za mną. SIEDEM. Siedem semestrów siedzenia przy biurku. W ten czas, nie licząc ostatniego miesiąca, bo wzięłam się za siebie i staram się ćwiczyć z Ewką 3x w tygodniu. Fajnie, że za każdym razem jest ze mnie dumna i mi gratuluje, bo mi nie zawsze doskwiera to uczucie. Ale to tak na marginesie. Wracając do ćwiczeń/studiów/lenistwa/czegokolwiek, o czym pisałam chwilę temu. Przez ten czas (7 semestrów), na palcach jednej ręki mogę policzyć moje aktywności fizyczne, poza spacerami. Spacerami, a nie MARSZAMI, bo tych również było mało. To jest LENISTWO. Czyste lenistwo. Mogę sobie wmawiać, że mam takie studia, że nie mam czasu na to. Ale prawda jest jedna. Czasem nie chce mi się wstać wcześniej by poćwiczyć albo wracam od M. o 23, a praca na uczelnie czeka. I siedzę do 1 i już pora spać, a nie doskonalić wytrwałość  w wykonywaniu skalpelu. Tłumaczyć sobie, że nie mam czasu na ćwiczenia mogę w ostatnim tygodniu sesji. Wtedy nie mam czasu na sen i na jedzenie, więc ćwiczenia spotęgowałyby wykończenie organizmu i zwyczajnie padłabym kończąc pod kroplówką w szpitalu. To raczej kiepskie miejsce na selfie w lustrze. Reszta roku, czyli 51 tygodni to czas na ćwiczenia, a nie wymówki i jak na razie, dobrze mi idzie.

Ale wracając na moment do moich butów. Spowodowały one, że poczułam pociąg do butów sportowych. Powtarzam, BUTÓW SPORTOWYCH, a nie szmaciaków zwanych Conversami, w które do tej pory ładowałam kasę. Lawino zasypują mnie nowe propozycje, które chciałabym mieć, a ja wciąż wylewam łzy, że jeszcze nikt nie wynalazł drzewa dającego zielone, które nie nazywa się Lotto, czy Szybka Kasa z Radiem RMF FM. Bywa. Bądź co bądź, nowe buty sprawiają, że szokuję sama siebie. Chodzę w nich codziennie i noszę do wszystkiego, czego efekty mogliście oglądać powyżej i w nadchodzącym wpisie również Was uraczę tą nowością w mojej szafie. Nie powiem Wam za bardzo, czym kierowałam się tworząc tę stylizację. Dawno nie miałam na sobie spódnicy od Candy Floss i tak się chyba zaczęło. Miał być kobaltowy sweter, ale jest czarny i jest nawet lepiej. Na górę biały, o pudełkowym kształcie płaszcz, dość elegancki, tworzący kontrast z butami. I wisienka, czyli worek. Zależało mi na zgraniu kolorystycznym. Tylko dzięki temu ten zestaw wygląda na spójną całość, mimo niepasujących do siebie (na pierwszy rzut oka) elementów. Tyle razy piszecie mi, że jesteście zaskoczeni, jak połączyłam zgrzytające ze sobą rzeczy, że i tym razem postanowiłam zaryzykować (osobiście pękam z dumy, lepiej wyjść nie mogło, ale to OSOBIŚCIE). W sumie, wiele nad tym zestawem nie myślałam. Takie propozycje to dla mnie pestka, więcej muszę się natrudzić przy minimalizmie! ;) 

Skorzystam z okazji, wpadajcie na Facebook'a Neonowej, jeansowa bluza/ jeansowa kamizelka do zgarnięcia ;))) TUTAJ się zgłaszamy. 

środa, 18 marca 2015

papugi

spodnie Bershka | koszula Mohito | płaszcze Reserved | torebka C&A | buty Deezee

Tak naprawdę, to tym razem, nie mam Wam za wiele do powiedzenia. Poza tym, że czasem lubię nałożyć coś tak ogromnego, sprawiającego wrażenie w mojej głowie, że schowałam się przed całym światem. Jasne, łatwiej byłoby po prostu nie wychodzić z domu, a nie kupować płaszcz i udawać, że się nie istnieje. Zresztą, co to za udawanie, gdy się nakłada do tego płaszcza białe rzeczy i jeszcze koszule w kolorowe papugi. Jasne, że słabe. I właśnie, co to za udawanie, że się nie istnieje, skoro idzie się jeszcze na zdjęcia w takim zestawieniu! Same sprzeczności. No cóż, wyznawcą normcore znów nie udało mi się zostać, a zadatki na reprezentanta tego stylu mogę schować do głębokich i ciemnych kieszeni płaszcza. Zatem jak to ze mną jest? Raz chciałabym być niewidoczna, niezauważalna, ale z drugiej strony nie umiem. A może tylko wmawiam siebie, że nie umiem, a tak naprawdę nie chcę? Może właśnie na stwierdzenie "Ty lubisz być zauważalna" nie powinnam skromnie odpowiadać "no coś Ty, wydaje Ci się", a wprost wyznać "tak, lubię". Bo przecież jak się nie chce być zauważalnym, to człowiek zwyczajnie nie ubiera się tak, aby wyróżniał się na ulicy. Oczywiście, nie robię tego celowo. Nie wstaję z łóżka o poranku i przez 30 minut nie myślę co tu na siebie nałożyć, by każdy się na mnie gapił. Tak, GAPIŁ. Zważając na okoliczności, w jakim mieście żyję, ta poranna gimnastyka mózgownicy nie jest nazbyt potrzebna, bo tu, czyli w Białymstoku, nałożenie czegokolwiek innego zarówno jeśli chodzi o formę, jak i o kolor, oznacza skupienie ślepi przechodniów i znudzonych autobusowiczów. Ale to nie jest jedyny powód, który sprawia, że te 30 minut więcej mogę poświęcić na sen, a nie na szybkie nadrabianie książki Charlizy (Nie)mam się w co ubrać. Jest jeszcze jeden kluczowy powód. Dusza artystyczna zakodowana w moim DNA. I jakkolwiek bym się starała na siebie nie zwrócić uwagi, to genetyka jest tutaj silniejsza. A artyści już tak mają, że przeróżnie wyglądają ;)