środa, 26 listopada 2014

zwyklak

 spodnie SoSimply | sweter sh | płaszcz House | buty H&M | torebka Pimkie | okulary Sinsay 

zdjęcia: FLAWLESS

Śmiało mogę powiedzieć, że zasada tej stylizacji jest bardzo zbliżona do poprzedniej. Szara baza, do tego wyróżniający płaszcz i voila. Nic zobowiązującego i jeśli Was kiedykolwiek zastanawiało, jak prezentuje się mój "zwyklak" to myślę, że to, co widzicie powyżej można tak zdefiniować. Stylizacja tym razem łagodniejsza, monochromatyczna, ale jednak nie totalnie kamuflująca mnie w tłumie, a wszystko za sprawą kraty. Dobra, zaczyna się robić nudno. Nie wiem, czy czytaliście, a jak czytaliście, to czy pamiętacie o czym pisałam w ostatnim poście. W skrócie przypomnę, że chodzi o szarości i aby nie stać w cieniu, a i nie być ciągle niezauważalnym, tylko dla świętego spokoju, piękniejszego (dla co po niektórych) i spokojniejszego życia. Dla tych, którzy nie zrozumieli użytej przeze mnie metafory (szare wdzianka - nie uciekamy od rzeczywistości, pomarańczowe - staramy się zaistnieć), mam nadzieję, że już jest wszystko jasne
. Ale zakładam, że wszyscy pojęliście te niezbyt górnolotne porównania ;)
Tym razem będzie również o szarościach i, o kurka wodna, nawet będę Was namawiała do ich noszenia! I nie, nie jest to zaprzeczenie siebie samej, bo: a) już mówiłam, że głównie chodziło o przenośnie z tą szarością; b) sama sobie raz na jakiś czas pozwalam na szarości, zatem nie będę hipokrytką zabraniającą Wam nawet tykania tego koloru.
A będę Was namawiała na noszenie tego koloru, dobra namawiała to zbyt mocne jednak słowo, zachęcała abyście nosili szarości (oczywiście raz na jakiś czas),ponieważ: a) jak co jesień, ten kolor, jest do przejedzenia (choć patrząc na ceny podobających mi się ubrań, to raczej do zagłodzenia :D ) modny; b) jest, jak już wspomniałam we wcześniejszym wpisie, bardzo uniwersalny, tworzy bazę nieograniczającą w wyborze reszty dodatków, czy wprowadzeniu jakiegokolwiek koloru; c) dodatkowo jest kolorem bardzo twarzowym i pasującym każdemu.
Zatem, przyczyny już poznaliście. Rozwijać myśli nie mam zamiaru, gdyż są wystarczająco jasne. Dodam jedynie na koniec, że bardzo, ale to bardzo marzą mi się TE kozaki od Ralph'a Lauren'a. Aaaaa, i tym razem obędzie się bez grafiki, ale mam coś lepszego. Zajrzyjcie koniecznie pod ten LINK. VU MAG przygotował wpis ze wszystkimi wybiegowymi szarościami (oczywiście z kolekcji jesień-zima 2014/15).

niedziela, 23 listopada 2014

Manatka

 sweter sh | spódnica Preska | płaszcz Promod | duża torba MANATKA | buty, torebka Pimkie | szal Big Star | czapka H&M


To już ostatni look z serii total look'ów, w połączeniu z pomarańczowym płaszczem, jakie dla Was zaplanowałam na ten czas. Tym razem, neutralna baza, którą kolor płaszcza miał ożywić.
Zacznijmy jednak z innej strony. Jeśli się kiedykolwiek zastanawialiście, czy przypadkiem ten wulkan energii, jaki się we mnie znajduje, tak mnie rozgrzewa, że chodzę jesienią/zimą porozpinana, a dodatkowo z uśmiechem na twarzy, to powyżej macie dowód na to, że tak nie jest. Kolejna sprawa, jeśli zastanawiało Was, czy jestem kobietą, która wszystko, czego potrzebuje, mieści zawsze w tych małych torebkach, z którymi pokazuję się na zdjęciach, to otóż macie kolejny dowód na to, że tak nie jest (oczywiście, zdarzają się sytuacje, kiedy mała torebka jest wystarczająca, ale to głównie w wakacje). Na co dzień, chodząc na uczelnie, z reguły potrzebuję jakiegoś notatnika (to najrzadziej), szkicownika (to najczęściej), książki (przecież zdarzają się nudne zajęcia, a ciekawa biografia projektanta mody zawsze spoko, szczególnie gdy obecność trzeba "odbębnić"; przydaje się również do jazdy autobusem, która codziennie zabiera mi min. 40 min życia, co daje całkiem ładny przelicznik na strony), a jesienną porą potrafię pokusić się nawet o parasolkę. Zatem, jak się domyślacie, w rękach oddzielnie tego nie noszę, a wyręczam się eko torbami. A bardziej wyręczałam takimi klasycznymi, póki TA nie wpadła mi w ręce. Solidna (klasyczne eko torby zaczęły wymiękać), pojemna (aparat w pokrowcu, laptop, 3 swetry z lupowych łupów, kilo mandarynek, nocka u koleżanki, a może wizyta w papierniczym - wszystko pomieści) i stylowa (ja wybrałam panterę, do zimowych płaszczy pasuje mi idealnie, ale opcji jest wiele), zatem czego chcieć więcej ;)
Z reguły jednak pokazuję się bez torby (i całej reszty w nią upchanej), która z reguły ląduje na Poli (bądź u M. w samochodzie), a ona biedna targając ją, lata jeszcze za mną z aparatem. Zatem, skoro już wiecie, jak sytuacja ma się w rzeczywistości, przejdźmy dalej. 
Jestem przekonana, że choć zwracacie uwagę na kolory, jakie nosicie, nie za bardzo zastanawiacie się nad ich znaczeniem. Z pewnością kolorystyka ubrań, jaka znajduje się w Waszej szafie, nie jest przypadkowa. Kolory ubrań wybieramy intuicyjnie i oczywiście, przy wyborze kierujemy się tym, aby był to kolor twarzowy, bezpieczny w noszeniu i sprawiający, że czujemy się komfortowo w danej rzeczy. Jednak nasz wybór pokierowany jest tym, jaką osobowością jesteśmy i jaki kolor odzwierciedla nasz charakter, a te czynniki, jakie wymieniłam wcześniej, są właśnie tego wynikiem. Domyślam się, że jeszcze nie raz wspomnę o znaczeniu kolorów, ale tym razem, chciałam się skupić na tych dwóch, które widzicie powyżej, szczególnie, że ich znacznie jest totalnie skrajne.
Szarości: "To bardzo neutralna barwa, emocjonalnie najmniej nacechowana ze wszystkich kolorów. Osoby noszące szare ubrania wtapiają się w tłum; nie wywołują reakcji otoczenia. To bezpieczna barwa, dobra dla osób skrytych, nieśmiałych albo tych, które chcą pozostać niezauważone." A to niespodzianka, kompletne przeciwieństwo mnie. A jednak lubię szarości, jak większość populacji i nie przez kamuflaż jaki mogą zagwarantować wśród tłumu, a po prostu za kolor, który wydaje mi się wręcz piękny. Ale spokojnie, pomarańcz równoważy całość (+ pantera, znajdująca się na dodatkach): "Pomarańcz oznacza witalność i optymizm" (tego akurat mi nie brakuje), a do tego: "Pomarańcz rzuca się w oczy (...). Podobnie jak żółć, jest to barwa komunikacji, życia i radości, jednak bez nadmiernego ekstrawertyzmu. Przede wszystkim to kolor optymizmu. Osoby noszące ubrania tej barwy są energiczne i radosne. Pozytywne oddziaływanie pomarańczu na otoczenie, jest tak silne, że koloru tego używa się w leczeniu osób chorych na depresję."* Opis zdaje się idealnie pasuje do mojej osoby, a depresja mi nie grozi (przez dawkę pomarańczowego koloru, jaką Wam ostatnio zaserwowałam, też jesteście bezpieczni). Jednak zastanawiam się co sprawia, że decydujemy się na tak skrajne wybory? Jacy jesteśmy naprawdę? Jaka ja jestem naprawdę? Czy takie zwykłe, codzienne wyboru kolorów ubrań w 100% mnie odzwierciedlają? Czy naprawdę podobają mi się szarości jedynie jako kolor, czy jest w tym drugie dno i rzeczywiście jestem skryta, czy nieśmiała? A może chcę być czasem niezauważalna? Ale jak niezauważalna, skoro decyduję się na pomarańczowy płaszcz, a kwituję to jeszcze wpisem w internecie? Jak ktoś, kto publikuje coś w internecie, może chcieć być niezauważalny? Czasem może jednak chce, szczególnie gdy popełni jakąś gafę i najkorzystniejszym rozwiązaniem byłoby zniknąć. Ale nie ma tak łatwo. Co trafi do sieci, to już w niej zostaje. Szary nagle nie zagwarantuje, że będziemy stawać się niezauważalni. Nie da nam poczucia pewności i bezpieczeństwa, nie zagwarantuje też, że nikt nas nie tknie, nie wyśmieje, nie pokaże palcem. Zatem może warto pójść w drugą stronę. Przybrać pomarańczowe, żółte, czy czerwone wdzianko i dać czadu. Udowodnić, że każdy popełnia błędy, nikt nie jest nieomylny, ale można je naprawiać. Budować swoją reputację. To jest moja taktyka. Nie stawajmy się z każdą kolejną wpadką, coraz bardziej niewidzialni. Nie traćmy pewności przez popełniane przez nas błędy, a wyciągajmy z nich lekcje. Rehabilitujmy się. Pnijmy się wyżej. Pokażmy, że na coś nas stać i wyjdźmy z cienia. Tam nigdy nic nie osiągniemy ;)

P.S. O szarościach, które jak co roku królowały na wybiegach, będzie w innym poście. Co za dużo, to nie zdrowo :D
P.S. 2 Wiem, że to połączenie swetra ze spódnicą jest już dość oklepane, ale nie mogłam odpuścić. Kurna, kolejny raz!

* Cytaty pochodzą z książki "Radzka Radzi: Tobie dobrze w tym."

czwartek, 20 listopada 2014

historia kobaltowego koloru

 sweter, spódnica sh | płaszcz Promod | torebka Mango | buty Pimkie

Rehabilituję się po ostatnim poście. Czuje, że wyszły mi flaczki, a nie fajne smaczki i nie chodzi o połączenie kolorystyczne (te akurat dalej mi się bardzo podoba). Coś nie grało, co mnie później uwierało. Zatem, śmiało mogę przyznać, że mi również zdarzają się wpadki ;) 
Tym razem wskoczyłam w obcasy, dałam spokój biżuterii i większemu kombinowaniu. Pozostał tylko kolor. W moim wykonaniu, to prawdziwy minimalizm. Myślę, że baza jest już Wam świetnie znana, bo raz już zawitała na Neonowej w letniej wersji. Zaryzykowałam okrzyknięcie mnie Matką Braku Kreatywności i prezentują się w niej ponownie. Tak, aby pokazać Wam, że jednen zestaw, tworzący podstawę do stworzenia całej stylizacji, można nosić na wiele różnych sposobów (a w głowie mam już kolejny pomysł!). Dodatkowo, nie mogłabym odpuścić pokazania Wam połączenia pomarańczu z kobaltem. Wiem, że to dość znana kombinacja, ale jest na tyle przeze mnie lubiana, że musiałam i ja stworzyć własną wersję. 
Dobra,  koniec rozczulania się nad sobą. Pora na jakieś konkrety. Dziś pod lupę trafia kobalt (pomarańcz był tutaj).
Nie macie wrażenia, że ten kolor jest nie do zabicia? Po prostu od kilku sezonów wiecznie na tapecie i co najlepsze, jeszcze się nie znudził. Projektanci od kilku sezonów głowią się, jak tu ciekawie zagrać tym kolorem i nie ważne, czy na wybiegach pojawia się w total look'ach, czy tylko jako akcent, zawsze triumfuje.
Oczywiście sezon jesień - zima 2014/15 również obfitował w ten kolor, czego ciężko nie zauważyć oglądając pokazy, zaczynając od tych w Nowym Jorku, kończąc w Paryżu. Ale od początku, Altuzarra przykuł moją uwagę pięknym, dwustronnym płaszczem, w "szlafrokowym" stylu, jak to część osób określa, który kontynuuje trend na oversize'owe okrycia wierzchnie. Szczękę z ziemi zbieram po pokazie Proenza Schouler. Duet, co pokaz, coraz bardziej nas zaskakuje, a w  dodatku widać, że podąża za współczesną kobietą. W tych sylwetkach, elegancja miesza się z nowoczesnością dając nam od razu do myślenia, jak będzie wyglądała moda za kilkanaście lat. Choć  projekty te robią na mnie wrażenie, to jednak wiem, że osobiście czułabym się w nich nieswojo. Dlatego cieszy mnie różnorodność na wybiegach, dzięki której, każda z nas jest w stanie znaleźć coś dla siebie (nawet jeśli miałaby jedynie wzdychać do monitora)(dopiero w XXI w. zaczęły się tendencje do pokazywania różnych stylów na wybiegach podczas jednego sezonu). I tak, o ile jedynie zachwycam się krawiectwem Proenza Schouler, to wiem, że futrzany set zaprojektowany przez Jeremy'ego Scott'a, to dla mnie strzał w 10! i z chęcią zobaczyłabym go w swojej szafie. Nie skupiając się dalej na tym, co się działo się za oceanem przejdę do tego, co działo się na wyspach. Podczas London Fashion Week szafir również miał swoje przysłowiowe 5 min głównie podczas pokazu Mark Fast - obłędny jest ten dzianinowy zestaw i Richard Nicoll (te dwie sylwetki, jakie zobaczycie poniżej, są najbardziej w moim typie). Nie mogę jeszcze pominąć tego, co działo się u nas na kontynencie, a szczególnie na Paris Fashion Week (kiedyś i ja na niego dotrę!). Będę nudna i zacznę od Balmain. Kobaltowy zestaw w militarnym stylu podbił moje serce, ale nie tylko ze względu na materiał, a także na jego krój, pas oraz inne dodatki, a także kolory, z jakimi został zaprezentowany na wybiegu. Co tu dużo mówić, gdyby miała drzewko, które zamiast spadających liści, daje spadające dolary, ten zestaw byłby już mój. I na koniec Dior. Raf Simons nieco odchodzi od tradycyjnego krawiectwa Diora, wnosząc powiew świeżości. I choć kolorystyka w tym wypadku (zdjęcie niżej) jest dość klasyczna i bezpieczna, to ekstrawaganckie buty przełamują elegancki wydźwięk stylizacji. A kamizelka oczywiście na liście "pożądanych", buty zresztą też ;) 

zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcje jesień-zima 2014/15

niedziela, 16 listopada 2014

baby blue

 sweter SoSimply | spódnica sh | torebka Zara | płaszcz Promod | naszyjnik House of Mima | buty NB

Wiecie co? Myślę, że tak mało nas nosi kolory, bo po prostu źle się w nich czujemy. To jest tak, że albo lubimy klasykę, czerń i biel, i choć inne kolory również do nas pasują, to odbieramy je jako ZŁO, bądź po prostu nie wiemy, jakie kolory nam pasują, zatem uderzamy w bezpieczne rozwiązania. Ja również wybrałam bezpieczne rozwiązanie. Bezpieczne dla mnie. Zarówno pomarańcz, jak i błękit, to kolory w których czuję się znakomicie, pewnie oraz swobodnie (czego nie mogę np. powiedzieć o zieleni, mimo że wiele rzeczy w tym kolorze mi się marzy). W dodatku połączenie tych dwóch kolorów zawsze uważałam za ciekawe, zatem pozwoliłam sobie, abyście i Wy je zobaczyli, w moim wykonaniu, a nie tylko przypadkowy, kolejny szary przechodzień na ulicy. Mówię serio. Przechadzam się sobie po mieście w tym płaszczu i widać mnie z daleka. Dlaczego? Bo reszta ubrana jest w czarne/szare/granatowe płaszcze. Także chyba rozumiecie, że ciężko jest mnie nie zauważyć. Nawet jakbyście mnie nie znali, to z daleka byście mogli się domyślać, że to ja, ewentualnie spec od powierzchni płaskich, czy Pani Stopka.
Dobra, kolejna sprawa. To jest mój luzak, zwyklak, nazywajcie jak chcecie. Stylizacja niewymuszona i niezobowiązująca, luźna i wygodna. Torebka mieści, co chcę aby mieściła, a kolor wnosi nieco życia. Bo jak tu się uśmiechać, gdy na dworze tak szaro (kolejny dzień!). Spójrzcie na zdjęcia no, aparat nawet nie chce mi robić dobrze, gdy nie widzi uśmiechu :D

czwartek, 13 listopada 2014

zmiksowana krata

spodnie H&M | bluza Atmosphere | płaszcz House | buty Pimkie | torebka C&A

IDZIE. SUNIE SIĘ. JEDNA. WIELKA. NAPACIANA. KULA.
I tyle mogłabym pozostawić komentarza, co do stylizacji powyżej, ale niestety, to nie w moim stylu. O ile jestem w stanie wstawić jedno zdjęcie, o tyle nie jestem w stanie zostawić Was z jednym zdaniem i pozamiatane.
Ale, dobra, zacznę od najkrótszego. Po pierwsze widzicie mnie w bluzie, to ogromna rzadkość i nie myślcie, że sobie ją kupiłam. Sprzedawałam sweter za 10 zł, laska nie miała co zrobić z nową bluzą, to się z nią wymieniłam. Taki deal. Nawet ją lubię i od kiedy ją tylko mam, z reguły noszę z tymi spodniami. To można rzec, że nawet dwie sprawy są już jasne. Zamiarem było pokazanie Wam tej stylizacji jeszcze zanim temperatura spadnie poniżej 10-ciu kresek, ale szczerze powiedziawszy, nawet dobrze się złożyło, bo mogłam do tej mieszaniny dokotłować jeszcze płaszcz. 
Tak naprawdę  z nadejściem tej zimniejszej pory roku, nie przerażało mnie, jaki ja to płaszczyk będę nosiła, że będę marzła w rączki, że zamienię się Rudolfa, że częściej będę widziała deszcz niż słońce, o ile w stanę o dobrej porze, bo już o 14 to ono bardziej zachodzi (dobra, koloryzuję, ja zawsze wstaję najpóźniej do 9), lecz przerażało mnie, jak ja dalej będę łączyła ze sobą różne wzory. Serio. Problem trzeciego świata. Przecież latem to zawsze łatwiej, bo 50-ciu warstw na sobie się nie ma. A tak, aby pokazać, co skrywa się pod spodem, to trzeba jednak nieco się poświęcić i wystawić na chłód. A wiecznie przecież nie będę pokazywała płaszcza ze spodniami i butami, opatulona szalikiem, zmieniając tylko kolory. NUDA. Z pomocą przyszedł płaszcz w kratę i wprowadził rewolucję. Jasno postawił na swoim, obierając cel urozmaicania każdej stylizacji, za równo tych prostszych (te może kiedyś zobaczycie), jak i tych bardziej zakręconych. Ta powyżej należy już do tych zakręconych i sama przyznam, że to level hard, ale co zrobicie. Nic. Ja to lubię tak namieszać, że czasem nie wiadomo na czym oko skupić. Ale wiecie co Wam jeszcze powiem? Że mimo takiej różnorodności, zachowanie prawie że jednakowej kolorystyki nie wprowadza takiego chaosu. Co więcej, mimo namieszania, ja widzę sens w całości. A co jeszcze więcej? Przed wyjściem z domu sprawdziłam dwie opcje, pierwszą oczywiście z płaszczem w kratę, drugą z pomarańczowym płaszczem (jeszcze go nie poznaliście, ale będzie miał swoje 5 min, jak ten) i wiecie co? Było zbyt normalnie. Fakt, czerń i krata świetnie wyglądały z pomarańczą, ale konkurencja była na tyle silna, że wróciłam do kraty. I nie żałuję!
A, swoją drogą, połączenie bluzy ze spodniami kojarzy mi się z pokazem Desigual na jesień-zimę 2014/15 i to z pewnością miało być te "po trzecie". A po czwarte, jak widzicie, wszystko tej jesieni dozwolone! ;)

zdjęcie pochodzi ze strony elle.pl

P.S. Jeśli na Waszych monitorach te zdjęcia wyglądają kiepsko, wybaczcie, oswajam się z nowym sprzętem. 

poniedziałek, 10 listopada 2014

europejka


sukienka SoSimply | sweter sh | płaszcz House | torebka Pimkie | buty H&M


To bardzo zabawne, bo nigdy, ale to przenigdy nie uważałam, że czerwień to mój kolor. Wszelkie rzeczy właśnie w tym kolorze odpadały, a jedynie akceptowanym produktem była czerwona szminka. Odbieram ten kolor za mało twarzowy, więc generalnie darowałam sobie oglądanie się za nim. No, ale masz babo placek, znalazł się on w mojej garderobie i jestem z tego zadowolona. I nagle myślę, że jest nawet twarzowy. Jest jedno "ale", ten kolor niezmiennie kojarzył mi się ze świętami. Wiecie, Mikołaj, Coca-Cola (no jak święta, bez świątecznej kampanii Coca-Coli), czerwone bombki, czerwone wstążki, czerwony papier do pakowana, czerwony barszcz i wiele innych czerwonych rzeczy. Ja nie wiem, też tak macie? Czy to pierwsze świąteczne ozdoby w sklepach wpływają na moje myślenie?
Sweter znaleziony w używaku (coś te lumpy mają do siebie, że człowiek coś kupi, czego w życiu by nie pomyślał, aby kupić w sklepie) śmiało mogłabym połączyć z samymi rajstopami i nie świeciłabym bożeną na mieście (słowniczek Pana Jacykowa). Albo mogłabym się pokusić o jeszcze inne dość popularne rozwiązanie, jeśli chodzi o połączenia długich swetrów, otóż, nie wydłużając już, o kombinację ze skórzanymi czarnymi rurkami. Oczywiście, jest to też miłe dla oka rozwiązanie, ale myślę, że tak często spotykane na co dzień oraz na innych blogach (szczególnie w okresie świątecznym), że ja sobie mogę odpuścić taki set, dając fory rzadziej spotykanemu rozwiązaniu. Tak, rzadziej spotykanemu...

Ostatnio nieco myślałam o modzie charakteryzującej Polaków. Jeśli sposób, w jaki obywatele naszego kraju się ubierają można nazwać "modą". Wszystko szare, przeciętne, miałkie. My się chyba boimy mody. Tak, mody, czyli wszystkiego co ona za sobą kryje. Odbieramy ją jako Rów Mariacki wypełniony głupotą świata, gdzie tak naprawdę jest sztuką. I czasem uciekamy od niej, jakbyśmy się mieli tą wyimaginowaną głupotą zarazić. Co więcej? Boimy się eksperymentować. Boimy się wyróżniać. Boimy się kombinować z długościami. Boimy się nosić kolory. Boimy się założyć coś bardziej ekstrawaganckiego. Boimy się wyjść tak z domu i wybijać się na tle tłumu. Boimy się tych spojrzeń, a olaboga jeszcze ktoś nas wytknie palcem. TRAGEDIA! Po takim wyjściu, to już gwarantowanie z niczym nie zaszalejemy i przepadło. Przepadła okazja do pokazania się z innej strony. Przepadła okazja do zdjęcia maski, pokazania prawdziwego "ja". A może właśnie jest odwrotnie? Może jesteśmy masą, robotami, tak zakodowanymi, a w zwojach naszego mózgu jest genetycznie zapisana nijakość? Może, to właśnie inny ubiór jest dla nas nienaturalny, przytłacza nas (o to z pewnością, bo wyróżnianie się potrafi przytłaczać) i powoduje poczucie jakiejś obcości? A przecież każdy z nas nie lubi czuć się obco. Każdy chce mieć do kogo się uśmiechnąć, zagadać, a tu się wyróżni na ulicy i wszystko zaprzepaści. Tak jak z wyrażaniem opinii. Powiesz coś odmiennego, krytycznego i nagle tracisz "fanów". I tego zdania też boimy się wyrażać. Wszystkiego się boimy. Boimy się choroby, jesiennej chandry, utraty pracy, jazdy samochodem, latania samolotem, zastrzyków, psów i chomików, i że laska wpadnie, i pieniędzy nie starczy, i że potrawa nam nie wyjdzie, i że ktoś zepsuje o nas opinię, albo że sami ją zepsujemy. Boimy się innych ludzi, boimy się różnego zachowania, samochodem parkowania, wyprzedzania. No dosłownie wszystkiego. Jak my jeszcze żyjemy, jak co krok, czegoś się obawiamy? Parkiem spokojnie się nie przejdzie, bez lęku, że kupą ptasią się oberwie.
A może warto tak któregoś razu wstać i się niczego nie lękać. Tak jeden dzień na próbę. Zaszaleć. Pokazać charakter. Pokazać, że jest się kimś. Ma się swoje zdanie. Swoje pasje. Swoje upodobania. Wybić się z tłumu. Złamać kod. Ubarwić ten kraj. Dodać mu pozytywnej energii. Bo ja nie my, to kto?
Spójrzcie na siebie i pomyślcie, kiedy ostatnio zrobiliście coś bardziej odważnego? Kiedy ostatnio znów się czegoś baliście? Otwórzcie się na świat. Wyraźcie swoje zdanie. Nałóżcie coś bardziej crazy. Uśmiechnijcie się do kogoś obcego. To nic trudnego i z pewnością ostatnie co Was do tego zatrzymuje, to wyobraźnia :)
Nie mówię, że każdy jest taki. I bardzo się cieszę. Spotykam też ludzi pozytywnych, z energią, która zaraża i mnie. Bez względu, czy widzę ich w sieci, czy mijam na ulicy. Bez względu czy się do mnie uśmiechają, czy po prostu kolorowo ubierają. Mijam ich i myślę "moja krew". Pozytywna, uśmiechnięta niczym krew płynąca w żyłach Włochów, stylowa niczym krew Francuzów. I ja się staram taka być. Taka europejka, ciesząca się z życia, a strojem wyrażająca siebie, swoje oblicze i kolorową duszę :)

czwartek, 6 listopada 2014

midi kieca i na miasto

sukienka SoSimply | płaszcz House | buty H&M | okulary Sinsay 

 zdjęcia: FLAWLESS

Naoglądam się inspiracji w sieci, jak to laski chodzą w dłuższych sukienkach i samej mi się takiej zachciało. 
Jednak od początku. Wiecie, że lubię bawić się kolorami i wzorami, ale nie wiem, czy zauważyliście, że czasem też eksperymentuję z długościami. Oczywiście, jak już zbierze mi się na doświadczenia typu "zaburzę sobie proporcje, będzie fajnie" sięgam wtedy po te mało bezpieczne rozwiązania. Wiadomo, przy moich kurzych nóżkach najrozsądniej byłoby ubierać długości przed kolano i podciągać pas po pachy, jednak za każdym razem takie rozwiązania wydają mi się na tyle nudne, że szukam udziwnień. Taki ze mnie rebel i stąd taki miks, który widzicie powyżej. 
Jak tylko przyniosłam sukienkę do domu, wiedziałam, że wyląduje na stronie z tym płaszczem i botkami. I do tego dużym workiem, z którym nie rozstaję się od lat, a ostatnio w szczególności. Widziałam ten set oczami wyobraźni, a odbicie w lustrze ani w jednym calu mnie nie rozczarowało. Summą summarum dzięki zbliżonej długości sukienki i płaszcza, moja sylwetka nie wygląda na skróconą. Botki również spisały się na medal, darując sobie odjęcie mi kilku centymetrów, a torba pomogła w zachowaniu równowagi. 
No właśnie, torba. Duża, więc jak na mnie to już dziwne, ale czy widzicie w tym zestawie jakąkolwiek inną? Jakąś małą przykładowo? Ja NIE. Nie wiem, czy zdawałyście sobie sprawę z tego, że nasze torebki, poza rolą wizualną, dobrze wykorzystane pełnią również role modelowania sylwetki. O tym, że torebka może być wisienką na torcie, bądź kompletnie zepsuć nam stylizację wie pewnie każda z nas. I właśnie nie zawsze na to dopełnienie/zepsucie wpływa kolor torebki, czy jej faktura, a bardzo często duży wpływ ma forma i jej wielkość. Odpowiednio dobrana torebka, jest w stanie zachować proporcje stylizacji, ale dodatkowo potrafi ukryć nasze mankamenty i wydobyć kształty, którymi lubimy się chwalić. Każda potrafi zdziałać takie cuda, jakie potrafi dobrze dobrany dekolt, krój spódnicy/spodni/sukienki/płaszcza/marynarki, czy innych części garderoby. I tak na przykład: ogromny shopper przy drobnej sylwetce się nie sprawi, bo jedynie nas zakryje i staniemy się jeszcze mniejsze. Tak jak się również nie sprawi mini torebeczka przy niskiej posturze i typowym jabłku, która zamiast nas optycznie wyszczuplić, doda jeszcze kilka kilogramów (tu lepsza będzie większa torebka, najlepiej do ręki lub ramię, aby odciągnąć uwagę od bioder). Powiększona klepsydra świetnie wyszczupli talię shopperem, czy większą torebką noszoną w talii, która również sprawdzi się w chłopięcej sylwetce (odciągnie wzrok od szerokich ramion; taki sam efekt da torebka noszona przez ramię).
I tak można analizować każdą z nas, aż wyczerpią się wszelkie możliwości. Opisywać tu każdej sylwetki nie będę, ale mam nadzieję, że każda z Was, jeśli nigdy nie zwracała większej uwagi na torebkę, to po tym wpisie zacznie nadawać jej większą rolę niż tylko worek na nasze wszelkie klamoty ;)